Czempińskie legendy

O STRZELCU NA RUMAKU OGNISTYM

Szło sobie przed laty żydzisko (- brzmienie oryginalne – przyp. aut), w nocy ze wsi do Czempinia. Gdy wszedł do piotrkowickiego lasu, usłyszał za sobą tętent kopyt końskich i trzaskanie bicza, a było bardzo ciemno. Obróciwszy się, ujrzał jeźdźca na koniu, a koń buchał ogniem z ócz i nozdrzy, a jeździec i rumak byli czarni, jak djabeł. Jeździec miał na głowie trójkątny kapelusz, torbę myśliwską i fuzją. Jadąc w galopie, wyrzekł do żyda: ,,Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus’’. Żyd ze strachu nie wyrzekł ani słowa, gdyż zmiarkował się, iż był to myśliwy nie z tego świata; wiedział także, iż na takie pozdrowienie nie daje się odpowiedzi, aby ukazujący się duch nie miał mocy nad człowiekiem. Żyd milczał, jak grób, a jeździec pogalopował naprzód, jednakże po pewnej chwili wrócił się, i wyrzekł drugie pozdrowienie, i teraz nie dostał odpowiedzi. Strzelec po kila razy wracał się i zawsze inaczej i w innym języku pozdrawiał, ale został zawsze bez odpowiedzi... Gdy już pierwsza na zegarze wybiła, utracił myśliwy całą swoją moc, i z błyskawiczną szybkością wrócił do lasu, gdzie słychać było po nim głośne ujadanie i szczekanie psów i gromki wystrzał. Teraz dopiero żydowin odetchnął i poszedł ku Czempiniowi. Starsi gospodarze opowiadali, iż także owego jeźdźca czarnego i rumaka, ogniem buchającego, widywali.      

ODWIEDZINY BIAŁEJ DAMY

Był wiek siedemnasty, kiedy mieszkańców ówczesnego Czempiń obiegła wieść o tym, jakoby w późnych godzinach nocnych przed pałac zajeżdżała duża kareta zaprzężona w cztery kare konie. Tak przekazywane opowieści przetrwały przez pokolenia zmieniając się z czasem w kolejną miejscową legendę. A my opowiemy ją tak: W godzinach późno wieczornych jeszcze przed północą mieszkańcy Czempinia utrudzeni ciężką pracą układali się powoli do snu, a gdzie niegdzie, w oknach migotały jeszcze światełka łojowych świec, albo oliwnych lampek. Dwie solidniejsze oliwne lampy, podwieszone na żelaznych hakach, oświetlały też bramę wjazdową do pałacu, a dwie inne wejście do tej szacownej, rodowej siedziby. Dookoła panował spokój. W parku krzątał się stary ogrodnik, który był też pałacowym, nocnym stróżem. Poczciwy starzec, dla dodania sobie otuchy i dla odegnania strachów, głośno stukał grubym, sękatym kosturem. Raz po raz też przywoływał psy. Nagle... zastygł w bezruchu, bo od strony miasta dobiegł doń stukot końskich kopyt. I nie minęła dłuższa chwila, jak na pałacowy dziedziniec wtoczył się duży powóz. Powóz ciągnęły cztery kare konie, a koniom tym spod kopyt tryskały skry. Rumaki były niespokojne i zdrożone. Powoził zaś woźnica w czarnej szacie, głęboko naciśniętym cylindrem na głowie. A kiedy powóz zajechał przed pałacową bramę wysiadła z niego młoda, smukła pani. Dama odziana była w długą, białą suknię i okryta była białą chustą. Pośpiesznie też, owa dama, udała się do pałacowego wnętrza, a u progu powitał ją pan. Prawdopodobnie byli sobie bliscy, ponieważ pan przywitał ją miłymi słowy. Woźnica wraz końmi udał się do pobliskiego gospodarstwa na popas. Około godziny drugiej po północy woźnica wrócił do pałacu. Stróżowskie psy zaczęły głośno ujadać i napierać ku nocnym przybyszom. Toteż stary stróż – jedyny świadek tego wydarzenia przywołał je do siebie, a sam stanął za drzewem. Wtedy z pałacu pośpiesznie wybiegła nieznajoma pani i wsiadła do karety. Woźnica strzelił z bata i konie galopem ruszyły z przed pałacu.

Takich tajemnych zajazdów było wiele. Zawsze działo się to nocą, a nieliczni, tyleż przerażeni co i bojaźliwi mieszkańcy, nie ośmielali się dociekać powodów i przyczyn nocnych wizyt ,,Białej Damy’’. Fakt ten wzbudzał strach, a dzięki ustnym przekazom przeszedł do legendy. Do dziś też w czempińskim pałacu znajduje się piękny, duży obraz przedstawiający ,,Białą Damę’’ -  Teofilę Działyńską (Szołdrską-Potulicką), jednak najprawdopodobniej nie jej dotyczy czempińska legenda.

ŚWIECĄCA STARA WIERZBA

Z pobliskiej wsi Gorzyce nieopodal Borowa, dalej Czempinia wybrał się do miasta chłop zaprzęgiem konnym. Chciał kupić trochę nafty, oleju i niezbędnych artykułów codziennego użytku. Jego kompanem w takich podróżach zawsze był mały piesek. Teraz też piesek usadowił się na wozie i merdając ogonkiem cieszył się z wyjazdu. Było już późno, kiedy chłop ze swym czworonożnym towarzyszem dotarł na czempiński rynek. Nie mniej jednak zakupy zostały poczynione, no i jak to bywa u bogobojnego chłopa, wstąpił on do przedsionka kościoła i pokłonił się Panu Bogu.

A później było tak: w pobliżu kościoła był szynk, to też i chłopisko złaknione towarzystwa wstąpiło tam na sznapsa. Tam chłop spotkał kilku znajomych, a wewnątrz panował tak sielski nastrój, że bohater tej legendy trochę się zasiedział. No cóż, tak przecież bywa. I  gdyby nie jego mały piesek, który tulił się u jego nóg, siedziałby w gospodzie jeszcze dłużej. Pies jednak nie dawał za wygraną. Więc gdy rolnik troszkę oprzytomniał wstał i raźnym krokiem udał się do wozu by odjechać i wrócić wreszcie do domu.

W powrotnej drodze dość mocno kurzyło mu się z głowy i może z tego powodu prowadził ożywioną rozmowę ze swoim pieskiem i końmi. Droga była bardzo błotnista, a drewniane, okute koła ciężko rżnęły i rozchlapywały czarne błocko. Na poboczach tego wielkopolskiego szlaku rosły stare, wielkie wierzby. Niektóre były już tak stare, że trzymały się na samej korze. A tego wieczora, na domiar wszystkiego, wyglądały bardzo groźnie! I do tych drzew, chłop kierował swoje pozdrowienia po to, aby trudna podróż stała się trochę znośniejszą.

Była już noc. Księżyc po lewej stronie nieba rósł w siłę, a że była pełnia, to i świecił bardzo  mocno. Oświetlał drogę i sprawiał, że fantazyjne, przydrożne wierzby rzucały długie, trochę złowrogie, cienie. Kiedy chłop wyjechał za Borowo, w stronę Gorzyc i zbliżył się do mostku w dolinie, konie stanęły jak wryte. Piesek zeskoczył z wozu i z piskiem uciekł na przełaj do domu. Przerażony zaś podróżny ujrzał po lewej stronie drogi wielką, białą postać, która przypominała mu anioła, albo jakiego ducha odzianego w białą szatę. Konie nie chciały dalej iść, a chłopem targały złe myśli. Wtedy podciął batem ciągnące wóz zwierzęta i bokiem po polu ominął białą postać.

Gdy był już na wysokości mostku, zaczął się modlić i głośno przyrzekać, że więcej nie będzie odwiedzał gospody. Spojrzał też raz jeszcze w stronę miejsca, w którym stała biała postać, a postaci już nie było. Stała tam jedynie stara, spróchniała wierzba. Drzewo oświetlał Księżyc i gdyby nie kiwające się gałązki, chłop nadal wierzyłby, że naprawdę ujrzał postać białego anioła.

Chłopu pozostał strach i opowieść o tym co przeżył wracając z Czempinia. Ale czy nie odwiedził już nigdy gospody, tego nie wiadomo...

ŹRÓDEŁKO ZDROJOWE

W gminie Czempiń jest wiele wsi, w których mieszkają rodziny o bogatej tradycji rodowej. Przekazując z pokolenia na pokolenie stare opowiadania i legendy, przyczynili się do zachowania szczególnej pamięci o wydarzeniach z pozoru tylko bajkowych, bo po głębszym zbadaniu zdają się one całkiem prawdopodobne i niezmiennie ciekawe.

Jedna z tych legend dotyczy ,,źródełka zdrojowego’’ w pobliżu wsi Jasień z wodą tak czystą, że jej smak wzbudzał zachwyt i wprawiał w zdumienie.

Podobno, dawno temu, przed setkami lat, stał w tym miejscu kościółek, który z nieznanych przyczyn zapadł się głęboko pod ziemię. W miejscu tym powstało wielkie i głębokie oczko wodne o krystalicznie czystej wodzie. Wokół zaś rosły krzewy i okazałe wierzby.

Kiedy wsłuchamy się w opowieści mieszkańców Jasienia można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy, ponieważ najstarsi mieszkańcy nieraz byli świadkami dziwnych zjawisk – widząc nocą maleńkie światełka skaczące po polach od źródełka w kierunku jasienickiego ziemiańskiego dworu, zwanego przez mieszkańców pałacem. W ciemne i bezgwiezdne noce słychać niekiedy płacz i jęki dochodzące z otchłani źródła, jakby zatopione dusze wołały o pomoc. W źródełku nikt się nie kąpie, a wody nigdy tam nie brakuje. Niekiedy tylko dzikie ptactwo urządza tam swoje gody.

Ale czy to jest jedyna wersja tej legendy – wiadomo, że nie. Starsi mieszkańcy znają jeszcze inne i to bardzo zatrważające...
Ciekawostką jest też to, że w Jasieniu znajduje się ujęcie wody. Tak więc jej w tym urokliwym sołectwie raczej nie brakuje.